Idę dalej.

Piwo wypite. Czas na sen. Niestety - położyłam się przed północą z nadzieją, że to dobra pora na moją bezsenność. I co?
Pełnia, pospałam dwie, trzy godziny i na nowo. Księżyc tak mocno świecił mi w okno, że organizm odebrał to chyba jako poranne słońce. Nie miałam ochoty wstawać. Ostatnio polubiłam sen, szkoda, że potrafię spać do 10 a nawet 11. Gdybym przesypiała noce jak normalni ludzie pewnie byłoby inaczej. To nie kwestia braku pracy i zmęczenia jak sobie pomyślisz. Praca także mnie nie męczyła na tyle bym spała w nocy dobrze. No, może na nockach, między 2 a 4 nad ranem. Totalna masakra - jak dla mnie jedno z najgorszych doświadczeń. Nocna zmiana, niby jest spokojniej, niby mniej pracy. Nie sądzę. Dla mnie to totalnie nie ludzkie. Nie jestem sową. Ani chomikiem. Człowiekiem podobno.
Wracając do tych dni, gdy spontanicznie jechaliśmy tam, tam, gdzie czułam się jak w domu. Myślałam, że jestem wśród przyjaciół. Było ciepło, nie tylko ze względu na kuchnię, w której było zawsze mocno napalone, nie tylko ze względu na małe i przytulne pomieszczenia. Było ciepło. Bo oni traktowali mnie dobrze, było tak cholernie  miło. Tak mocno przyjacielsko. Było. Nie jest, bo coś komuś odbiło, ale co?! Nic nie zrobiłam. Nic kompletnie, może dlatego? Wiem, każdy miał swoje sprawy, natłok spraw. Moje rozstanie z marynarzem. Co ja sobie myślałam. Mieli rację. Nie mam co sobie robić nadziei na to, że ktoś jak on mnie zechce na coś więcej niż sex. Przecież to logiczne. Dla ludzi jak on liczą się trzy proste rzecz: pieniądze, sex, kobiety.
- Głupia Ty! Widzisz tu słowo związek? Rodzina.
- Nie.
- Właśnie! Więc po co się pod nim tak płaszczyłaś i pięć miesięcy spędziłaś w łóżku, gdy wyjechał na morze?
Pozostawiam to bez komentarza.
Jestem marionetką. Całe życie jestem tylko wiszącą na czyiś sznurkach lalką, nawet nie mam serca ani duszy. Tylko drewno, wydziobane nożem chyba,. Nawet nie wiem.
Nikt mi nigdy nie powiedział jak i dlaczego powstałam;
i tak nam płynęły te spotkania. Rozmawialiśmy, śmieliśmy się. Ona i on czasem się kłócili, bo ona taka jest. Lubi go bić. Nie wiem czy to fetysz, czy go nie kocha - dla mnie to nadęta pusta ci*pa. Kiedyś uważałam ją i ją 2 za fajne, godne zaufania kobiety. Teraz?
Po tym jak mnie porzuciły - sądzę nieco inaczej.
Poczułam się jakby  ktoś mnie wsadził do wanny i stopniowo polewał kwasem. Tak się czuje człowiek, który traci z dnia na dzień wszystko. Faceta 1 i faceta dwa. A za nimi przyjaciół.
...dziś znowu pełnia.
Czeka mnie długa noc. Znowu będę myśleć.
Będę myśleć o nich, czy o nich? W sumie to odeszli wszyscy. Może to ja jestem przyczyną.


Dlaczego zaczynam od nowa.

Nie zacznę historii od początku. Jestem nietypowa i także w tym temacie. Na co dzień jestem pedantką. Mój różowy notes aż pęka w szwach. Noszę go z kąta w kąt, bo zawsze coś notuję.
Notuję wszystko od daty wizyty u lekarza aż po randkę. Notuję każdego dnia, każdego dnia mam coś ważnego do zapisania. Wyjątkowo ważne dni zaznaczam innym kolorem, albo wykrzyknikiem. Wszystko mam poukładane. Nawet rzeczy w szafie - muszą leżeć według danej palety. Szkoda, że moje życie to jeden wielki burdel. Nie umiem ułożyć sobie życia, a tak bardzo bym chciała.
Marzy mi się niewielki dom, duża wanna, bo tego mi zawsze brakuje. A w tym domu - on. Mój facet, ten o którym marzę od dziesiątek dni, miesięcy i lat. O tak, byłby naprawdę fajnym facetem. Codziennie poza praniem jego skarpet miziałabym go po jego klatce. A obok byłby pokój dziecka. Nieważne czy byłaby to dziewczynka, czy chłopiec. Ważne aby tam było i było szczęśliwe.
Wiodło szczęśliwe życie u boku rodziców. Nie to co ja.
Czuję ogromną potrzebę by pisać, potrzebuję tego, bo w tym cholernie szarym świecie tak szalenie brak mi rozmowy.
Mogłabym mówić i pisać non stop, gdybym tylko miała z kim, ale nie mam. Kiedyś było wokół mnie tylu ludzi. Były spotkania znajomych i wieczory przy winie. Wracałam nie tylko pijana, ale jakże szczęśliwa. Pamiętam do dziś. Wieczór, zima. Ja i dwójka znajomych. Spontanicznie, dzwoni telefon:
-"Hej, jedziesz z nami do ...?"
-"Pewnie, zaraz będę!"
I tak siedzieliśmy do północy spijając łyk po łyku czerwone wino. Potem bimber, bo wino nie trwa wiecznie, butelka szybko się kończy, gdy piją trzy przyjaciółki i facet jednej z nich (bo drugi kierowca - pechowa fucha).
Nie, nie jestem alkoholiczką, ale właśnie piję piwo. Bo alkohol działa na mnie jak balsam w dni jak dziś, kiedy najchętniej przespałabym cały dzień, płakała bez powodu i najlepiej skoczyła z mostu.
Chociaż nie, co ja plotę.
Nie umiem pływać i mam lęk wysokości. Żałosne.
Idiotka.
Często to sobie mówię - oczekuję nie możliwego, wymagam od siebie za dużo i za szybko.